| Strona Armii > Prasa
Źródło: Tylko Rock nr 7(95) lipiec 1999 str. 22-23. Rozmawiał Barek Koziczyński. Przepisała Dorota Sałek.
Czy może być większy komplement dla Armii, niż nazwanie jej nowej płyty kontynuacją słynnej Legendy? W przypadku Drogi mamy do czynienia właśnie z takimi opiniami. Tak, czy inaczej - to piękny opis zanikającego świata...
- Zacznijmy od bardzo ważnego wydarzenia dla wszystkich fanów Armii. Ubiegłorocznej reedycji Legendy. Co Cię skłoniło do tego kroku?
- Nie byłem zadowolony z wersji Izabelina. Nie najlepiej brzmiała, poza tym nie mogłem patrzeć na grafikę, którą zrobili: jakby na ksero odbita... Po prostu ciemno mi sie przed oczami robiło. Właściwie po to, żeby zmienić tę okładkę, zaproponowałem firmie Ars Mundi reedycję.
- Dlaczego wyrzuciłeś z niej dwa akustyczne przerywniki?
- Chciałem, żeby ten materiał wyglądał tak jak na winylu. Człowiek ma swoje różne skrzywienia: dla mnie liczy sie tylko to, co na winylu. To jest prawdziwa Legenda, a nie jakieś tam cuda Katarzyny Kanclerz. Ostatecznie zgodziłem się umieścić w reedycji "Niezwyciężonego" i "Podróż na Wschód". Po przerwie.
- Będzie kompaktowe wznowienie pierwszego albumu?
- Będzie, chcę namówić firmę, żeby wydali wszystko. Choćby dla przypomnienia - sam nie mam żadnego egzemplarza w domu.
- Przejdźmy do płyty najnowszej. Wiem, że po raz pierwszy w historii Armii nagrywaliście materiał na komputerze. Jakieś wrażenia?
- Jestem zadowolony z tego brzmienia, wyszło troche inne niż na płycie Duch. Ale muszę stanowczo powiedzieć, że wolę pracować na urządzeniach analogowych i to jak najstarszych. Świat komputerów jest mi obcy. Wolę, żeby był mikser, a na nim gałki, które mogę podkręcić lub skręcić, kiedy zechcę. Natomiast tutaj była tylko mysz w ręku realizatora i to mnie strasznie stresowało. Ta nowa technologia ma ogromne możliwości i Jacek Gawłowski zrobił bardzo dobrą robotę, ale ja się do tego nie nadaję.
- Korzystaliście z jakiś syntetycznych brzmień?
- Szukaliśmy brzmień starych analogowych syntezatorów z lat siedemdziesiątych. Na przykład w utworze "Adwent" Banan znalazł kapitalne samplery, kupił je i zagrał piękne rzeczy.
- Generalnie jesteś przeciwny kierunkowi, w jakim zmierza nowoczesny świat, sztuka?
- Tak. Ale to nie jest pesymizm. Współczesny świat ma po prostu inny zapach, moja wrażliwość do niego nie pasuje. Jestem skazany na wymarcie, jestem przedstawicielem ginącej kultury. Mój świat odchodzi w zapomnienie - właściwie już go nie ma, istnieje tylko w mojej pamięci. Na płycie Droga umieściłem jego relikty. Teksty i pewne elementy graficzne pochodzą z rzeczywistości, w której się urodziłem. Bo umrę już w innej, obcej. Natomiast technika jest taka oszałamiająca. A nawet przerażająca. Armia doczekała się oficjalnej strony w sieci Internet - każdy może ją sobie pooglądać w domu po adresem www.antiarmia.art.pl. I to jest dobre. Chociaż ja już się na to nie załapuję.
- A duchowy wymiar współczesności?
- Tutaj jest znacznie gorzej. Dziś na świecie panuje jedna kultura. Nazywam ją kulturą wielkiego Babilonu. McLuhan powiedział "globalna wioska". To nie jest wioska, tylko miasto. Wielkie miasto, o którym mówi Apokalipsa. Zupełna pustka duchowa. Wszystko jest agresywne, bardzo spłycone, konsumpcyjne... Efektowne, ale słabe artystyczne. Jest to cywilizacja śmierci, która chce mnie zabić.
- Bardzo zaskakuje nietypowa, jak na Armię, okładka. Czerwona, z wesołym motywem na froncie i rysunkową postacią wewnątrz. Czy to relikty, o których mówiłeś?
- Tak. Rysunek lotnika pochodzi z blaszanego pudełka od herbaty - kiedyś były one dosyć powszechne. I jak znalazłem takie z pilotem na tle samolotu, od razu trafiło na płytę. Ja lubię piękne przedmioty. Pudełko od herbaty to symbol. Na tej samej zasadzie, co "radio z zielonym okiem" z utworu "Radio NRD", co Bromba ze starej dobranocki... Relikty świata, kiedy życie było jeszcze prawdziwe i piękne, kiedy miało smak.
- Porozmawiajmy o zmianach w składzie zespołu. Na początku roku gruchnęła wiadomość, że w Armii nie gra Stopa. Co się stało?
- On, jak wiadomo, gra jeszcze w innych zespołach: Voo Voo i 2 TM 2,3. I niestety praca z Voo Voo zabierała już mu tyle czasu, że musieliśmy się z tego powodu rozstać. Nie ukrywam, że Stopa jest wybitnym perkusistą, bardzo go cenię jako muzyka, jest moim kumplem... Teraz gra dziewczyna - Beata Kozak, perkusistka zespołu Syndicate. Ona nagrała całą płytę i jestem bardzo zadowolony.
- Już w ubiegłym roku rozstaliście się z Pawłem Piotrowskim...
- Z Pawłem musieliśmy się rozstać. Zastąpił go Doktor Kmieta. Polecony przez Marcina Pospieszalskiego - on zastępował juz Marcina w 2 TM 2,3. I powiem Ci, że nigdy jeszcze Armia nie miała tak dobrego basisty. Na płycie "Duch" właściwie nie słychać basu. Natomiast tu jest, i to bardzo potężny.
- W ogóle album w całości brzmi bardzo nisko...
- Bierze się to stąd, że Popcorn w pięciu chyba kawałkach gra na gitarze siedmiostrunowej. Na przykład w pierwszym numerze, "Dom przy moście", w początkowych dzwiękach. I ta siódma struna to już jest dźwiek a - bardzo niski. On kupił to w Nowym Jorku i po raz pierwszy zastosował w Armii.
- Na ostatnich koncertach zobaczyliśmy jeszcze w składzie drugiego gitarzystę...
- Tu sprawa jest bardzo prosta: nawet taki mistrzunio jak Popcorn, nie mógłby poradzić sobie z nowym materiałem. Po prostu nie ma czterech rąk. Daltego na koncertach wspomaga nas Paweł Klimczak z Syndicate.
- Wychodzi na to, że z pierwotnego składu grupy zostałeś sam. Zmienił sie muzyk na każdym instrumencie.
- No tak, ale ta płyta jest dowodem na to, że zespół Armia pozostał zespołem Armia. Wszyscy, którzy jej słuchali, mówią, że to jakby druga część "Legendy". Od mojej żony, dla której po "Triodante" Armia przestała istnieć, po Banana, który był przy powstawaniu "Legendy" i nagle poczuł to samo. Zastanawiałem się, co jeszcze możemy zagrać w tej formie - przecież nie będę się ścigał z zespołem Korn czy Sepultura... To są młodzieńcy ze swoją energią, a ja jestem starym dziadem (śmiech). Aż tu nagle powstała muzyka, z której jestem naprawdę dumny. Jest to Armia w swoim najlepszym stylu.
- Jak wyglądał podział pracy kompozytorskiej?
- W sumie wyszło na to, że jest pół kompozycji moich, a pół Popcorna. Oraz jeden stary riff, jeszcze Michała Grymuzy, w najlepszym moim zdaniem utworze n płycie - "Parowóz numer osiem". Przez wiele lat chcieliśmy go nagrać, ale nie mogłem wymyślić linii wokalnej. Do tego wszystkiego Banan dodał czarodziejskie melodie na waltorni i flecie.
- Co to jest Parowóz numer osiem?
- Jest taka piosenka Boba Marleya "Zion Train". Parowóz numer osiem to jest właśnie ten Zion Train. On jedzie za mną i chce mnie zabrać do ziemi obiecanej... Bo ja tu jestem obcy, ja cierpię. Nie wierzę, że ludzie są szczęśliwi w tym świecie pełnym agresji. Parowóz numer osiem, którego maszynistą jest Jezus Chrystus, przejeżdza obok nas: kto cierpi niech przyjdzie. On przejeżdza przez czyste krainy. Kraina dzieciństwa jest czysta. To prawie Królestwo Niebieskie. Mam niezatarte wspomnienia z tej krainy, parowóz mnie do niej prowadzi.
- Nagrałeś tu utwór dedykowany swojej córce, Nino Łeno.
- To jest właśnie obserwacja istoty, która jeszcze żyje w tej krainie. Nina ma juz trzy lata, widzę, jak z niej wychodzi, zaczyna uczestniczyć w kulturze dorosłych... Chcę tu powiedzieć, że ten, kto nie ma dziecka, nie zrozumie, że obcowanie z nim to niemal kontakt z czymś absolutnym. Narodziny dziecka były najważniejszym doświadczeniem mojego życia. Uczestniczyłem w porodzie: widok małego człowieka, które przychodzi na świat, jest doświadczeniem granicznym. Potem nie ma piękniejszej rzeczy niż gaworzenie malutkiej istoty: czysta ekspresja, prawdziwe dobro... To strasznie wzbogaca człowieka, w jednej chwili jakby się miało kontakt z Bogiem. "Tygrysy mają co jeść, osiołki mają co pić - ale to nie jest to" - w tych słowach chodzi o to, że można mieć wszystko: sławę, pieniądzę, władzę... Ale to nie jest prawdziwy pałer. Dziecko to jest pałer.
- Cała płyta jest radośnie-dzięcieco-bajkowa...
- To prawda! Dziecko może jej słuchać. Ta płyta jest przyjazna człowiekowi (śmiech). Brzmienie nie przeraża, są żarty, wszyscy mówią, że nigdy tak melodyjnie nie śpiewałem... Choć są też utwory poważne. Udało mi się zrobić rzecz, o której zawsze marzyłem: zdarzało się, że ludzie, słuchając tej płyty, płaczą i śmieją się równocześnie. Sam bardzo cenię taką umiejętność u twórców. Na przykład w Kabarecie Starszych Panów - można się wzruszyć do łez, a za chwilę boki zrywać.
- Powiedziałeś o melodyjności linii wokalnych. Interesująco je na dodatek modulujesz i faktycznie bardzo wyróżnia to tę płytę. Skąd zmiana podejścia?
- Cóż, na początku mojej działalności byłem krzykaczem, później, kiedy przestałem się drzeć, melodeklamowałem, a teraz powoli zaczynam śpiewać. Przy perspektywie mojej solowej płyty jest mi to bardzo na rękę. Muszę się przyznać, że w mojej wspólnocie jestem kantorem. Dużo śpiewam, akompaniując sobie na gitarze. Myślę, że to codzienna praktyka zrobiła swoje.
- Na koncertach zacząłeś się pojawiać z gitarą akustyczną. Coraz lepiej sobie radzisz...
- Poznałem już znacznie więcej chwytów niż dwa (śmiech). Pewne utwory nabierają zupełnie nowego wymiaru, kiedy się je gra akustycznie. Należy do nich "Pieśnią moją jest Pan" albo "Pieśń przygodna" - tę drugą nagram w akustycznej wersji na płycie solowej, tak mi się podoba. Przez "Pięknorękim" czasem gram utwór "Czarne anioły" z płyty Ewy Demarczyk. "Moja stodoła jest cała drewniana..." genialny tekst Wiesława Dymnego.
- Kiedy wreszcie wydasz płytę solową? Rozmawialismy o niej już dwa lata temu.
- Tak, ale najpierw była praca z Tymoteuszem, potem chłopaki ciśnienie na Armię złapali... Teraz do lata na pewno niczego nie ruszę - wiadomo, promocja "Drogi", jednak po wakacjach chcę wejść do studia. Mam ludzi, mam już ponad połowę materiału - chcę, żeby wyszedł jeszcze w tym roku. Muszę to zrobić. Bo ta płyta Armii jest tak ładnym ukoronowaniem, że kto wie, czy nie będzie ostatnią płytą tego zespołu.
- ?!
- Tak sobie gadam. Ale gdyby coś się miało stać teraz, ukoronowanie byłoby ładne.
Rozmawiał: Bartek Koziczyński
| Strona Armii > Prasa
pawsa+kdm.pl