| Strona Armii > Prasa
Źródło: Tylko Rock 12/92
Nadesłał: Radosław Jarosz.
Kiedy byłem mały, słuchałem tych piosenek i teraz kiedy jestem duży, słucham tych piosenek. Te płyty są jak bajki i jest w nich klimat cudowności - cudowności dzieciństwa. Kiedy ich słucham, budzi się we mnie tęsknota za jakimś rajem, za jakimś światem, o którym zapomniano i który przepadł. To jest raj utracony. Pamiętam, że podobny klimat odkryłem na płycie U2 - Boy, ale nie z taką siłą. Te piosenki opowiadają niewinne historie, które przydarzyły się dzieciom na wakacjach, są całkowicie nierockowe i sądzę, że podobają się wszystkim, którzy słuchają muzyki bez uprzedzeń. Znam je na pamięć.
Riders On The Storm jest dla mnie najlepszą piosenką na świecie. W tej piosence jest wszystko! Ona wyraża coś niesamowicie głębokiego, tak głębokiego, że aż przerażającego i - paradoksalnie cudownego i pięknego! Nie mam słów, aby powiedzieć, co to jest! W muzyce zdarzają się takie wypadki, np. w Die Kunst der Fuge Bacha... Na chwilę otworzono te drzwi, do których pielgrzymują artyści wszystkich czasów. Takie utwory same w sobie są już światem, posiadają jakby własne odrębne życie, takie bijące serce. Ja kocham tę muzykę.
Kiedy słuchałem Pink Floyd, to wydawało mi się, że zaraz przyleci UFO lub coś w tym rodzaju. Zdawało mi się, że oni mieszkają w obserwatorium astronomicznym albo są pilotami. No bo skąd taka muzyka? Ten koncert z Ummagummy rozgrywa się gdzieś w zamierzchłych czasach i jest to muzyka w stylu egipskim. Kiedy jej słucham, wyobrażam sobie słońce we wszystkich fazach. Kiedy nadchodzi ta szczególna magiczna pora przed zmierzchem: promienie słońca padają prawie poziomo, a cienie wydłużają się w nieskończoność. Rozbrzmiewa Set The Controls For The Heart Of The Sun. Genialny kawałek! Suita Atom Heart Mother wciąż kojarzy mi się z Symfonią psalmów Strawińskiego, mogę jej słuchać i słuchać.
Zawsze chciałem być Peterem Gabrielem. On był dla mnie ideałem wokalisty i frontmana. Marzyłem, aby kiedyś zobaczyć Genesis na żywo, kiedy śpiewał Gabriel. Chyba zemdlałbym z wrażenia. Ta płyta jest jak film. Taki surrealistyczny film. To są przygody rycerza Lancelota w Nowym Jorku. Ja to tak odbieram. Lubię takie długie historie, chciałbym nagrać płytę, która trwać będzie dziesięć godzin. Genesis w tym czasie stworzył niepowtarzalny i oryginalny styl nie do podrobienia. Kiedy odszedł Gabriel, wszystko przepadło.
Dla mnie jest to zespół awangardowy, awangardowy do dzisiaj. Kiedy tak słucham Primusa, to słyszę King Crimson, kiedy słucham NoMeansNo, to słyszę King Crimson. Co za wyobrażnia! Sądzę, że Robert Fripp nie za bardzo przejmował się rock'n'rollem, dzięki temu powstały takie płyty jak Red czy Larks' Tongues In Aspic - arcydzieła sztuki nowoczesnej.
A w szczególności Within The Realm Of Dying Sun. Ta muzyka rozbrzmiewa mi gdzieś na zapadłych prowincjach, gdzie ledwo dociera program telewizyjny, gdzieś po wsiach. Przypomina mi fragmenty powieści Brunona Schulza. Nie żaden gotyk, o nie! Pod płotem, jakiś pies szczeka, kury dziobią, w karczmie piją wódkę, ale na niebie księżyc, jakiego nigdy nie widziano! Jak na obrazach Chagalla. Kogut lata po niebie z aniołami. A dzwon z różowego ognia rozdzwania się w chmurach. Nie wierzę, że są z Australii, to emigranci z kresów, ale dobrze zamaskowani.
To jest zespół romantyczny. Wydaje mi się, że oni grają po to, by wzniecić jakieś powstanie, romantyczne powstanie. Wokalista mógłby być bohaterem Byrona lub Mickiewicza albo Waltera Scotta! Jaki piękny głos! Kiedy słucham ich muzyki, tych pięknych ballad, łzy ciekną mi z oczu i chcę gdzieś biegnąć na oślep, przyłączyć się do spisku, do powstania, poświęcić życie... Ach!!!
To jest ilustracja muzyczna do dzieła św. Jana od Krzyża i mogłaby ta płyta nazywać się Noc Ciemna. Pamiętam, że zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Ona porusza sprawy wiary, a to mnie bardzo interesuje. To, co oni robią, jest bardzo odważne i nie każdego stać na taką twórczość, bo to oznacza zbudować, zburzyć, znowu zbudować, zburzyć, znowu zbudować i znowu zburzyć. To straszne postępować tak przeciw sobie, ale czy tak nie postępuje mistyk?
Jest milion kapel grających czad, ale ten zespól jest, to znaczy był, jedyny w swoim rodzaju. Oni posiadali jakąś szamańską moc, a jednocześnie biło z tej muzyki jakieś ciepło. To dziwne, ale w Europie nie potrafią tak grać, bo albo się popłaczą, albo zaczynają służyć demonom. Ci za to odprawiali egzorcyzmy. Nagrali trzy bardzo różne płyty i każda jest wspaniała. Nie ma już takiej kapeli, no może Suicidal Tendencies, ale to już nie to i nie ten duch, o nie, nie! Nie ten duch!
Pamiętam, dawno temu był w telewizji taki angielski serial: Historia muzyki rockowej. Byłem napalony na to, że wreszcie pokażą Hendriksa, Doors albo Led Zeppelin, no i pokazali, ale nie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Największe wrażenie zrobiło na mnie to, kiedy pokazali Cohena grającego Lawinę przeplatając to zdjęciami z różnych zamieszek i wojen. Wrażenie było piorunujące, niemal nie mogłem się powstrzymać od krzyku! Ta ballada wyrażała jakby cały ból, przerażenie strach i jakiś tam czad - tylko Cohen, kojarzący się z miłosnymi balladami. A te miłosne ballady są najpiękniejsze na świecie.
Jest taki obraz Paula Klee Park koło Lucerny. Kiedy usłyszałem tę płytę, znalazłem się w tym parku, na spacerze. To bardzo poetycki zespół. Muzyka bardzo dynamiczna, ma wiele subtelnych odcieni, a piosenki są jak poematy! Na przykład Three Days. Jak pięknie gra gitarzysta! Sądzę, że gdyby grali dalej, byliby chyba zespołem formatu Led Zeppelin. Jest urzekająca i być może, nawet wbrew sobie zawiera obietnicę dobra. Dla mnie jest to najlepsza płyta ostatnich lat. Szkoda, że nie można iść na ich koncert, ale widziałem ich na wideo - fantastyczne!
Ja to ogólnie wierzę ludziom, ale Marleyowi wierzę podwójnie. On bardzo wiele zrobił dla innych, niektórym może uratował życie. To cudowne, że są tacy ludzie i może nie wszystko jeszcze stracone? Nie sposób przejść obojętnie obok tej muzyki, to miłość, bijące serce Natural Mystic. Życie. Myślę, że zwierzęta słyszą muzykę, na przykład koń. Albo psy i koty, albo drzewa, kwiaty... Im pewnie najbardziej podobałoby się reggae. Ta muzyka tętni i oddycha jak natura. Ktoś tam kiedyś uderzył w bęben - kto to był! - pierwszy raz, a leśne echo odpowiedziało. Reggae rozbrzmiewa wszędzie, można grać na ulicy, w pociągu, na wycieczce, w domu, w kościele, na środku morza, w górach, tam i gdzie indziej. Jest żywa i wesoła, niewinna i czysta. Bob Marley był jej mistrzem.
| Strona Armii > Prasa
Komentarze wyślij do pawsa+kdm.pl.