| Strona Armii > Prasa
Przesłał Marcin Gawlik z Krakowa.
| Ludzie wzdychają : "Legenda!". Wiem kim byłem, gdy pisałem "Legendę". Byłem szczery, ale zdarzało mi się myśleć stereotypowo. Teraz to prysło. Jestem wolny. Milczę w blasku. |
Z Tomkiem Budzyńskim rozmawia Rafał Księżyk.
- Przyjęcie albumu "Triodante" może być chyba przykładem, że konsekwentna realizacja własnej wizji doprowadzić może artystę do rozdźwięku z publicznością...
- TOM: Zauważyłem to natychmiast na koncertach, gdzie ludzie domagali się "starej ARMII". Przygotowując "Triodante" chcieliśmy sami sobie udowodnić, coś w sobie odkryć. Na pewno straciliśmy przy tym część odbiorców.
- Wziąłeś to pod uwagę pracując nad nowym materiałem, czy podjąłeś ryzyko dalszego nadwyrężania kontaktów ze słuchaczami?
- Podjąłem ryzyko. Ale w sensie treści, nie formy. Muzycznie nie posunęliśmy się o wiele dalej w stosunku do "Triodante". Tu chodzi o moje chrześcijaństwo, o to, o czym, śpiewam. A uważam że powstały zdecydowanie najlepsze teksty, jakie do tej pory napisałem. Piszę i śmieję się w głos. Takie rzeczy przychodzą mi do głowy. Jak nigdy przedtem. Kiedy gramy, również śmiejemy się. Muzyka jest czasem dziwaczna. Zdarzają się utwory wprost śmieszne. Nie dbam już ile osób to zrozumie. Przyjemność sprawia mi fakt, że coś takiego powstało. Wreszcie udało mi się napisać tak, jak chciałem.
- Pozostaje zatem szybko wydać ten album, ale są z tym problemy...
- To sytuacja, którą jestem zdziwiony, ale nie do końca... W momencie gdy ARMIA jest u szczytu formy, kiedy osiągnąłem największy potencjał twórczy i współpracuję z najlepszymi muzykami, okazuje się, że firmy płytowe w ogóle nie interesują się zespołem. Nie pytam dlaczego. Nie to nie. Chyba rządzą tu zasady czysto komercyjne. Kwestie artystyczne nie mają znaczenia, albo też ludzie odpowiedzialni za plan wydawniczy kompletnie nie znają się na muzyce. Nie ma się jednak co oszukiwać. Tu chodzi o chrześcijaństwo. Ten przekaz jest dla ludzi niewygodny. Jestem na to przygotowany. Potwierdzenie znajduję w słowach Pisma Świętego.
- Można chyba spojrzeć na to szerzej. W podobnej sytuacji był niedawno Lech Janerka, Robert Brylewski sam wydaje płytę swego nowego zespołu Falarek... Ludzie, którzy są najważniejszymi postaciami polskiego rocka, spychani są przez wydawców na margines.
- Tu chodzi o niezależność artysty. To ludzie, z których sztuką trzeba się liczyć. Nie można Ich ulepić jak z plasteliny, co spotyka obecnie większość młodych zespołów - te wystudiowane gesty, sztuczna kreacja są śmieszne, ale to co słychać jest tragiczne.
- Myślałem też o tym, że niewygodny stał się przekaz niepowierzchowny, zaglądający głębiej.
- Nam się zdaje, że Janerka, Brylewski, Maleńczuk, Variete powinni być wydawani masowo, bo są tego warci. Okazuje się, że mało kogo to interesuje. Pop. Rock na poziomie disco polo. O to chodzi. Nie łudźmy się, kiedy Armia zapełniała wielkie sale... Niektórzy ludzie przychodzili na koncerty, bo byliśmy popularnym zespołem, a nie dlatego żeby słuchać o czym śpiewam.
- Żałujesz czasów, kiedy w Polsce punk-rock był popularniejszy od muzyki pop?
- Nie. Teraz czuję się lepiej. Mogę rzeczywiście skupić się na sztuce, nie muszę przejmować się tym, że staję się symbolem oporu. Niektórzy muzycy jechali na opozycyjnym bohaterstwie. Myśleli, co by tu powiedzieć na scenie, aby trafić na kolegium. Skończył się pewien etap w historii Polski i dla mnie jest to normalne.
- A gdyby nie doszło do porozumienia z żadną z dużych firm... Czy zdecydujesz się na związek z niezależnym wydawnictwem?
- Zanosi się na to, że nie będziemy mieli innego wyjścia. Nie zależy mi na promocji z kolorowymi plakatami. Na pewno pojawi się problem z pieniędzmi na wynajęcie dobrego studia. No i chłopakom z zespołu jest trochę głupio. Uważają, że nagrali dobry materiał, a to co się dzieje, budzi wątpliwości. Rodzi się rozgoryczenie. Trzeba trzymać morale, jak w wojsku, abyśmy zwyciężyli.
- Nowym gitarzystą w zespole jest Popcorn. Sugerowałoby to, że słyszalny już na "Triodante" zwrot Armii ku metalowi pogłębi się...
- Oczywiście. Michał Grymuza potrafił zagrać wszystko, ale nie miał czadowego ducha, Popcorn ma go w nadmiarze. Gra brutalnie i delikatnie. Brzmienie Jego "Gibsona" plus "Mesa Boogie" jest po prostu potworne. Muzyka stała się mocniejsza i bardziej dynamiczna. Trzeba jednak pamiętać, że Armia nie ma metalowego nastawienia. To różni nas zdecydowanie np. od Acid Drinkers. Jestem zresztą zaskoczony możliwościami Popcorna. Nagle zaczął grać takie akordy i harmonie, które nie miałyby chyba szans pojawić się w Acidach.
- Znaleźliście zastępcę Banana?
- Nie znaleźliśmy. Grywaliśmy koncerty bez waltorni i był to obciach. Banan okazał się niezastąpiony. Powiedziałem Mu o tym. Sam przyszedł na koncert w "Stodole" i zagrał. Czułem się cudownie. Dostał taśmę z nowymi utworami. Mam nadzieję, że zagra z nami na płycie.
- Jesteś jedynym człowiekiem, który pozostał w Armii od początku. Mogłoby się wydawać, że trudno z Tobą wytrzymać w jednym zespole...
- Wydaje mi się, że nie jestem tyranem. Na pewno chcę współpracować. Nigdy nie było tak, żebym kogoś wyrzucił. Jeśli okazuje się, że różnimy się we wszystkim, ludzie odchodzą. Robert Brylewski podziękował nagle. Podobnie było z Bananem, z którym przecież pracowało mi się najlepiej. Nie chcę mówić na wyrost, ale powody nie leżały w sferze artystycznej, chodziło raczej o sprawy międzyludzkie.
- Powiedziałeś kiedyś, że Twoja sztuka jest wznoszeniem gotyckiej katedry. Na jakim etapie znajduje się ta budowa obecnie?
- Powstają fundamenty. Jeśli wchodząc do katedry widzisz tylko witraże jest to złudne. Ważne na czym się buduje. Ja buduję na skale. Skałą jest Jezus Chrystus. Ktoś może powiedzieć - muzyka młodzieżowa... Bawisz się w takie dźwięki? W tej chwili mam tyle lat, więc robię coś takiego. Nie odczepię się łatwo od rocka. Muszę wypowiadać się w taki sposób. Nie dbam o to, co będę robił za 10 lat, bo wiem, że coś będę robił. Może napiszę powieść. A jaką będę miał publiczność? Po prostu mówię do drugiego człowieka. Obecna muzyka Armii jest trudniejsza od Green Day, rozumiem, że nie każdy załapuje się na coś takiego. Chociaż na nowej płycie będą ze trzy utwory "dla młodzieży".
- Tworzysz własną mitologię artystyczną. Zapraszasz tam różne postacie, fikcyjne i historyczne, z tradycji kultury europejskiej. Gdyby zastanowić się, co je łączy, to każda z Nich kojarzy się ze zmierzchem, schyłkowością. Dante - zmierzch średniowiecza, Don Kichot - zamknięcie kultury rycerskiej, Aquirre - zmierzch snu o Eldorado, o nowym wspaniałym świecie, Rimbaud - koniec cieplarnianej, przedstawieniowej wyobraźni poetyckiej, Beckett - to praktycznie schyłek całej współczesnej kultury. Każdy z Nich odkrywa alternatywę: szaleństwo lub milczenie. To sytuacja charakterystyczna raczej dla myślicieli tworzących w cieniu "śmierci Boga", niż dla chrześcijanina...
- Jeżeli już wybrać, to milczenie. Odpowiedzią jest tekst piosenki "Skończyłem. Rozpoczynaj." Ja, Tomasz Budzyński nic już nie mogę powiedzieć. I zwracam się do Boga: "Rozpoczynaj". Niech On mówi za mnie. Nie jestem już sobą. To jest łaska dana przez Chrystusa. Dla mnie nie ma pustki. Tak jak u Becketta - w Jego beznadziejności odkrywam olbrzymie światło. Jego milczenie nie jest milczeniem wobec pustki, ale wobec blasku. Tak samo jest z milczeniem Rimbaud.
- Doświadczyłeś tego, że gdy twórczość, fantazje artystyczne stają się ekspresją człowieka wierzącego, niosą ze sobą siłę odśrodkową, odciągającą od dogmatu, heretycką?
- To dla mnie zupełnie niemożliwe. Chcę dać świadectwo swojej wiary. Śpiewam o tym, że Jezus jest tu, że jest moim Panem. Sztuka jest odkrywaniem pisma Boga. Staram się odcyfrować to pismo. Litera po literze. Dlaczego ciągle pamiętam przypadkowy gest, ulotną chwilę sprzed lat? Człowiekowi zostało coś dane. Bóg chciał mi wtedy coś powiedzieć. A ja głupi byłem. Pamiętam tylko chwilę upojenia. Teraz odkrywam, co się za tym kryło. Cały czas czerpię z obrazów i przeżyć z dzieciństwa. Na nowej płycie będzie tego najwięcej. One były najmocniejsze. Tylko dziecku dane jest czyste poznanie. Widząc kwiatek, widzi cud, boskość stworzenia.
- Według Ciebie każda sztuka jest sztuką religijną?
- Każda sztuka jest sztuką religijną. Uważam, że bez Ducha Świętego nie ma sztuki. Człowiek sam z siebie nie potrafi stworzyć nic. Geniusz objawia się w tym, że twórca dostrzega boskie konstrukcje.
- Miłość i dobro są zatem horyzontem, którego artysta nie może przekroczyć?
- Miłość, dobro i piękno są dla mnie tożsame. Wszystkie pochodzą od Boga. Absolutnie nie można się od nich odwrócić. Inaczej koniec z nami.
- W projekcie państwa Platona, gdzie fundamentem jest umiłowanie dobra i piękna, poeci zostają wygnani...
- Pytanie, czy wygnani poeci byli poetami. Każda sztuka jest moralna. Nie ma sztuki poza dobrem lub złem. Wydaje owoce dobre lub złe... Istnieje cała gałąź "sztuki" demonicznej. W przytłaczającej części sztuki współczesnej widać działanie diabła. Jeżeli artysta przestaje spoglądać ku dobru i miłości, to dla mnie przestaje tworzyć sztukę.
- Często pojawiasz się w katolickich rozgłośniach i programach telewizyjnych. Nie obawiasz się, że jesteś traktowany nieco instrumentalnie - nawrócony rockman jako atrakcja?
- Nawet gdyby tak było, nie dbam o to. Nie piszę po to, aby kogoś namawiać do wiary. Ale chrześcijaństwo nie jest sprawą prywatną. Jezus mówi wprost: "Idźcie i głoście". Chcę być Jego uczniem. Traktują mnie jak małpę? Niech tak będzie. Modlę się o to, żeby Duch Święty posłużył się mną tak, jak On chce. Jeśli będzie z tego dobro - proszę bardzo.
| Strona Armii > Prasa
pawsa+kdm.pl